Prasa

 
Domy z korzeniami






Pomerania
07-08.2007 r.
autor: Iwona Joć

Z architektem Janem Sabiniarzem z Powałek k. Chojnic o budownictwie regionalnym rozmawia Iwona Joć.

D


om prostotą piękny jest najbliżej nieba

Choćby zbudowany był na dnie doliny

Miłość, dobro, pokój w jego sercu mieszka

Bóg w nim swoje ręce grzeje przy kominie

 

Dom, który wysnuty z marzeń jest, z przeszłości

Przetrwa czasów burze pisząc nowe dzieje

To, co w nas upadnie, mocą swoją podnosi

Pewny jak opoka - nie opuści w biedzie

 

Jego małe okna są na świat otwarte

Który jest z kamienia - i który jest z ducha

Jest pamięci księgą życiem zapisaną

Jego ciszy w sobie jak muzyki słucham

                                                              Jan Sabiniarz

 

 - Nie każdy architekt w swoich projektach nawiązuje do tradycji. Wydaje się, że grupa projektantów działających na naszym terenie na rzecz krzewienia architektury regionalnej, a pan niewątpliwie do niej należy, jest nieliczna. Myślę, że tworzący ją ludzie są nieprzypadkowi - pełnym sercem troszczą się o zachowanie naturalnego piękna przestrzeni, zarówno tej przyrodniczej, jak i kulturowej. Ich pracę i nawoływanie do inspirowanego tradycją kształtowania pomorskiego krajobrazu przyrównać jednak można do walenia głową w mur, bo działania te rzadko kiedy spotykają się ze zrozumieniem mieszkańców czy nawet samych architektów.

- Zainteresowanie architekturą regionalną sięga u mnie czasów dzieciństwa. Miałem na wsi w Borach Tucholskich dziadków, u których często spędzałem wakacje. Zawsze podziwiałem rosnące tam, wielkie, stare drzewa i wtopione w nie chaty, z którymi tworzyły one jakby ograniczoną, przejmującą całość. O każdej porze roku wyczuwało się niezwykłą harmonię panującą między przyrodą, zabudową i żyjącymi w niej ludźmi. Chata "mojego dzieciństwa" była kryta strzechą, a jej rzeźbione deszczem i słońcem ściany wykonane były z grubych bali sosnowych, tynkowanych od środka gliną. Gliniane ściany były nierówne, pełne poezji światła i cienia. Wnętrze oczarowało przestronnymi izbami. Latem czuło się tu orzeźwiający chłód, zaś zimą miłe, rozchodzące się od żywego ognia, ciepło. Był to świat pierwszych marzeń, piękny jak w baśni. Kiedy do wsi wkroczyła elektryfikacja, wycięto stare drzewa, a brutalnie obnażone w ten sposób domy wraz z kikutami elektrycznych słupów i siekającymi niebo drutami, zmieniły krajobraz nie do poznania. Zabrano się też za wygładzanie naturalnego kształtu ziemi, zasypując śliczne, pełne tajemniczego uroku bagienka śródpolne. Przeprowadzono melioracje. Kiedy w samym sercu wsi pojawił się brzydki, klocowaty budynek ochotniczej straży pożarnej, przeżyłem kolejny koszmar. Przez kilka lat nie potrafiłem tam jeździć. Straciłem bowiem coś, w czym wzrastałem, co było ważną częścią mojego życia. W prawdzie dawny duch tego miejsca pozostał w mojej pamięci, uczuciach, lecz z rzeczywistości zniknął. Odtąd zastanawiałem się często, czy istnieje jakiś sposób umożliwiający ocalenie przemijającego świata w taki sposób, aby zachować łagodną formę jego nieuchronnych przeobrażeń. Uwierzyłem, że mogę one odbywać się w sposób ciągły, drogą ewolucji, tak jak, dzieje się to w przyrodzie.

                 Tym, co najtrwalsze, jest duch architektury, który może być zachowany, pomimo zastosowania nowych środków wyrazu. Uwierzyłem i przekonałem się, że spełniając wymogi współczesności można i trzeba czerpać z darów, jakie szczodrze ofiaruje nam przeszłość. Myślę też, że wcale nie chodzi tu o sentymentalne wskrzeszenie skansenów czy powoływanie do życia umarłych. Człowiek, aby żyć w pełni i być wolnym, potrzebuje nie tylko trzech wymiarów przestrzeni. Do tego konieczne są również trzy wymiary czasu: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Pozbawienie jakiegokolwiek z nich spłyca i pustoszy życie. Czyni je bardzo ubogim.

                 Myślę, że gdyby we wczesnych latach mojego życia pozbawiono mnie możliwości przebywania na wsi, prawdopodobnie nie dostrzegłbym tego, co jest uosobieniem jej rdzennego piękna. Przecież dzieciństwa i ta cudowna sceneria w jakiej mogło się ono toczyć pozostały źródłem, którego wystarczy mi na całe życie. A może na dłużej...

                 Niestety, bezwzględnie jak walec czasy PRL niszczyły rzemiosło i wszystko, co było indywidualnym owocem rąk, myśli i serca. Architektura stawała się zunifikowana, fabryczna, a krajobraz Polski przemieniał się w szarą, betonowo - asfaltową pustynię. Dziś natomiast przeraża nieokiełznaną orgią kolorów i kształtów pochodzących zewsząd i znikąd...

 - Jak udało się panu przetrwać okres, który nie zezwalał architektom na połączenie pracy z pasją...

- Znajdowałem schronienie w świecie przyrody i sztuki. Z takim samym zamiłowaniem jak w las zagłębiałem się w muzykę, poezję, malarstwo, fotografię...

- ???-

- Tak, bo architektura, jak ktoś kiedyś powiedział jest skamieniałą muzyką. Pracując nad treścią i formą wiersza dociekam także tych prawideł, które rządzą przestrzenią pozasłowną. Poprzez malarstwo najprościej i najpełniej docieramy do tego, co stanowi istotę piękna pejzażu tworzonego przez drzewa i domy. Gdybyśmy, projektując te ostatnie, kształtowali pejzaż tak jak jawi się on na obrazach Gierymskiego czy Breughla, to jakże piękny i bogaty w różnorodność byłby dzisiaj krajobraz Polski!

                 Po ukończeniu studiów na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej powróciłem w Bory Tucholskie. Pracując m.in. jako architekt powiatowy, a później asystent na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu mogłem przekonać się o tym, jak bardzo było obce mi, to działo się pod szyldem czasów, w jakich przyszło mi żyć. Pomimo zewnętrznych ograniczeń, czułem się wolnym człowiekiem. Chciałem iść własną drogą. Choć było to niebezpieczne i łatwo mogło zaprowadzić mnie w ślepą uliczkę, zaryzykowałem sformułowanie i kierowanie się własnym credo. Zrezygnowałem z czytania czasopism związanych z moją profesją. Żeby nie poddać się ówczesnemu pędowi czasów, wróciłem do źródła. Wydaje mi się, że jest to jedyny sposób na wypracowanie indywidualnej ścieżki, która niekoniecznie musi być uznawana czy to przez środowisko moich kolegów po fachu, czy przez jakiekolwiek inne.

                 Dlaczego zabrałem się za malarstwo? Gdyż uważam, że architektura wtedy jest piękna, kiedy osoba wrażliwa chce ją pokazać na przykład na płótnie. Bo proszę mi powiedzieć, kto chętnie maluje betonowe, socjalistyczne osiedla? Świeżą, wrażliwość dziecka i duszę artysty porusza harmonia i prostota pejzażu. "Powróciłem" więc do dzieciństwa, wierząc, mało tego - będąc pewnym, że można trzeźwo, bardzo logicznie wysnuwać ze starych wzorów nieprzebrzmiałe jeszcze idee i urzeczywistnić je w nowych projektach. Malowanie akwarelą czy rysowanie piórkiem było próbą kreowania i ujawniania bliskiego mi świata, dawało szansę na odwiedzenie wysnutej z marzeń i wyobraźni krainy architektonicznej fantazji...

- Tworzył pan niejako na uboczu, ale z kimś musiał się podzielić swoimi przemyśleniami na ten temat...

- Trzydzieści lat temu napisałem memoriał do wojewódzkiego konserwatora zabytków w Bydgoszczy, do architekta wojewódzkiego i wojewódzkiego konserwatora przyrody. Zaproponowałem w nim, obszernie uzasadniając, ideę odradzania i urzeczywistniania w krajobrazie budownictwa inspirowanego tradycją regionu. Skończyło się na pisemnym uznaniu i podziękowaniach... Pomimo zewnętrznych przeszkód oraz własnych porażek i błędów, a także dzięki poparciu ludzi myślących podobnie, nie ustawałem w drodze, której cel coraz wyraźniej zarysowywał się na horyzoncie. Bo świat jest sanktuarium. Powinniśmy pamiętać, kiedy naruszamy w jakikolwiek sposób jego wewnętrzną lub zewnętrzną przestrzeń. Zadane rany zabliźniają się długo, albo nigdy, powodując często skutki nieodwracalne. Brzmi to jak banał, ale to prawda.

- Wydaje mi się, że nadal pozostajemy włącznie w sferze postulatów. Zarówno my, zwykli mieszkańcy, jak i architekci, chcielibyśmy, żeby wokoło było swojsko i pięknie, lecz niewiele - może z braku wiedzy w tym kierunku robimy. Swoją drogą zazdroszczę innym regionom. Gdy jestem na południu Polki, wiem, że znajduję się wśród górali, bo rozpoznaję charakterystyczną dla nich architekturę. Podobnie rzecz ma się w przypadku Bawarii, Prowansji, Bretanii czy innych terenów, zamieszkiwanych przez grupy z wiekowymi tradycjami. Gdy jednak jest się na Kaszubach, Kociewiu, słowem - na Pomorzu Gdańskim...

- ... odnosi się wrażenie jakby było się w dowolnym miejscu - poza wspomnianymi górami - w Polsce. Bo Polska jest dzisiaj, proszę pani nijaka, rozmyta żywiołem agresywnych budynków roztaczających w krajobrazie obłędny bełkot. Nie chcę wysilać się, żeby ten architektoniczny bałagan nazwać jeszcze dosadniej, bo wszyscy, którzy mają oczy, to widzą i wiedzą swoje... Krajobraz Polski przedstawia orkiestrę, w której każdy dom gra swoją własną nutę, jeden drugiego nie słyszy, często fałszuje na rozstrojonym instrumencie - byle inaczej, byle głośniej. Brak tutaj dyrygenta, który by zrobił z tego zgiełku symfonię! Błędem w środowisku naszych architektów, znieczulicą czy barbarzyństwem jest to, że wiele osób z tego grona za nobilitację uważa udział w konkursach na przykład na projekt teatru, dworca czy innego dużego obiektu użyteczności publicznej i traktowanie tego jak osiągnięcia. tymczasem w krajobrazie dominuje architektura kameralna - małe domy, które w swojej masie są największe, większe niż jakkolwiek gmach. Jednocześnie ten obszar jest obecnie najbardziej zaniedbany. I to uważam za nas główny mankament.

- Jednak ludzie, zwłaszcza spoza regionu, ale zamierzający tu osiąść, mają prawo nie wiedzieć jakie budownictwo jest właściwe dla tej ziemi...

- Ale nie projektanci, którzy wpływają na kształtowanie, tworzenie pejzażu. Ci powinni sobie pewne idee przyswoić, bo inaczej będziemy miejscem nierozpoznawalnym na zewnątrz, pozbawionym charakteru. Każdy wznoszony od podstaw dom jest cegiełką, z której można zbudować albo wzniosłą katedrę, albo halę fabryczną. W tej chwili żyjemy w krajobrazie będącym śmietnikiem form lansowanych przez kolorowe pisma z całego świata!

- Odnoszę smutne wrażenie, że nasze najbardziej atrakcyjne krajobrazowo miejscowości, np. Chmielno, Ustka czy Krynica Morska, zatraciły z tego powodu swoje "ja" i stały się osadami turystycznymi...

- "Osada' to zbyt szlachetne określenie takich miejsc, bo oznacza coś, co jest osadzone od lat. Bardziej stosowne byłoby nazwanie ich po prostu "osiedlami turystycznymi", pełnymi przeróżnych stylów. Mamy w nich wszystko, ale charakterologicznie - nic. Występujące w nich "blokowiska" i nowobogackie wille nie mają nic wspólnego z regionem, a ich oddziaływanie można przyrównać do muzycznego łomotu, przypominającego raczej disco-polo niż muzykę, która ma jakieś głębsze, bardziej wysublimowane wartości.

- A przecież na tych terenach powstały całkiem niedawno parki krajobrazowe czy nawet narodowe. One właśnie mają za zadanie chronić krajobraz.

- I ja, pełen nadziei, uczestniczyłem w tworzeniu tychże, a konkretnie w powstawaniu parków krajobrazowych na obszarze Borów Tucholskich. Jednocześnie jednak byłem świadkiem, jak ich idea legła w gruzach. Tak często dzieje się, kiedy to, co powstało z miłości i pasji staje się przedmiotem działania urzędników i ich instytucji. Wówczas okazuje się, że cała ta praca staje się bezsensem, że szkoda czasu i zawiedzonych nadziei.

- Ma pan na myśli brak fachowców?

- Przede wszystkim. Bo nie może opiniować architektury zootechnik, ichtiolog czy leśnik. A to robią. To tak jakby szewca pytać o to, jakich nici ma użyć chirurg, żeby udała się operacja! to architekt krajobrazu, a nie jakiś dyletant zatrudniony w parku krajobrazowym, powinien czuwać nad procesem ochrony i kształtowania jego przyrodniczych i kulturowych zasobów. Ów organizacyjno - administracyjny absurd jest nie do przyjęcia. Przecież parki powstają na terenach przyrodniczo i kulturowo najcenniejszych. Jeżeli tam dopuszcza się do tego typu nieprawidłowości, to co dopiero mówić o innych, pozbawionych "ochrony" obszarach.

                 A co dzieje się w starostwach powiatowych? Obecnie nie ma w nich architektów, którzy dany projekt właściwie by ocenili. Czyli brak dyrygenta w orkiestrze, bez którego całe to radosne muzykowanie w krajobrazie staje się nieznośnym zgiełkiem. A przecież wydanie pozwolenia na budowę jest ostatnią szansą na to, by w jakiś sposób wpłynąć na architekturę. Tymczasem rola wydającego takie oświadczenie ogranicza się do sprawdzenia kompletu dokumentów, uzgodnień, pieczątek, numerów stron... Chodzi wyłącznie o to, żeby w papierach grało. Czyli nos jest dla tabakiery, a nie tabakiera dla nosa!

                 Podobnie zresztą jest z wydawaniem decyzji o warunkach zabudowy. I tutaj szewc poucza chirurga, jak ten ma operować delikwenta!

                 Dlatego wszelkie działania powinny, moim zdaniem, pójść w kierunku przywrócenia urzędom zdrowych i skutecznych zasad funkcjonowania. Mam oczywiście na myśli sprawy budownictwa. Nie tylko architekci powinni się nim zajmować. Potrzebna jest ich współpraca z ludźmi sztuki, etnografami, historykami... Bo, zanim w Tatrach położono zręby pod budownictwo regionalne, najpierw pojawili się tam muzycy, rzeźbiarze, malarze, poeci. To oni zapoczątkowali proces, dzięki któremu region ten zachował, bardziej niż inne w Polsce, własną, niepowtarzalną twarz. Ale i tam nie uniknięto błędów wymuszonych najczęściej biurokratycznymi ograniczeniami i nakazami.

- Może warto zwrócić uwagę na konieczność regionalnego kształcenia architektów np. w politechnikach?

- Nie znam aktualnego programu nauczania w szkołach wyższych, sądząc jednak po świadomości architektów, z którymi na te tematy rozmawiam, widzę, że oni nie rozumieją, nie czują, nie widzą takiej potrzeby. Przez wiele lat - także, wtedy kiedy ja uczyłem się na Politechnice Gdańskiej - wpajano studentom, że architektura powinna być wyrazem czasów, w jakich ona wyrasta. Zwrot ku przeszłości uważano za niemodny, zalecano tworzenie czegoś nowego, oryginalnego, czego nigdy przedtem nie było. Ale jeśli architekt będzie szukał rozwiązań tylko w swojej głowie, to będą one abstrakcyjne, znikąd, oderwane od miejsca, korzeni. Stąd też poznanie małe ojczyzny, jej kultury, wydaje się w jego przypadku, zwłaszcza jeśli zamierza projektować dom na ziemi z historią, niezbędne.

                 Ze względu na skrótową formę tej wypowiedzi nie udało mi się zapewne uniknąć pewnych uproszczeń i uogólnień. Bo przecież spotykałem się też z pozytywnymi postawami i działaniami ludzi w poruszanej kwestii. Ale tych jaskółek jest nazbyt mało, żeby zawitała do nas wiosna.

- Dziękuje za uwagę.

Archideo
Jan i Karol Sabiniarz

ul. Świerkowa 2, Powałki
89-620 Chojnice
woj. pomorskie
 


Jan Sabiniarz
Karol Sabiniarz

tel. + 48 792 055 504

e-mail: projekt@archideo.pl

© Copyright 2012 Archideo
 
Projekt i realizacja: